Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 lipca 2016

#23 Wanna be sweet? - Etude House Dear Girls Oil Control Pact

Jak już zapowiedziłam będę dzisiaj pisać o pudrze transparentnym od Etude House. Ten kosmetyk posiadam już od dłuższego czasu i miałam okazję go sprawdzić w każdych warunkach, więc i wypada w końcu o nim napisać. A więc do dzieła!


Skład

TALC, SILICA, POLYETHYLENE, MICA (CI 77019), ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, PTFE, ETHYLENE/ACRYLIC ACID COPOLYMER, OCTYLDODECYL STEAROYL STEARATE, SYNTHETIC BEESWAX, SQUALANE, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, BERTHOLLETIA EXCELSA SEED OIL, OENOTHERA BIENNIS (EVENING PRIMROSE) OIL, CITRUS MEDICA LIMONUM (LEMON) PEEL OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, OLEA EUROPAEA (OLIVE) FRUIT OIL, HIPPOPHAE RHAMNOIDES FRUIT EXTRACT, PEARL EXTRACT, GOSSYPIUM HERBACEUM (COTTON), FICUS CARICA (FIG) FRUIT EXTRACT, PUNICA GRANATUM EXTRACT, CITRUS PARADISI (GRAPEFRUIT) FRUIT EXTRACT, CITRUS MEDICA LIMONUM (LEMON) FRUIT EXTRACT, PYRUS COMMUNIS (PEAR) FRUIT EXTRACT, ACTINIDIA CHINENSIS (KIWI) FRUIT EXTRACT, SOLANUM LYCOPERSICUM (TOMATO) FRUIT/LEAF/STEM EXTRACT, VITIS VINIFERA (GRAPE) FRUIT EXTRACT, PYRUS MALUS (APPLE) FLOWER EXTRACT, ACANTHOPANAX SENTICOSUS (ELEUTHERO) ROOT EXTRACT, VELVET EXTRACT, PRUNUS PERSICA (PEACH) KERNEL EXTRACT, GANODERMA LUCIDUM (MUSHROOM) STEM EXTRACT, GINKGO BILOBA LEAF EXTRACT, PANAX GINSENG ROOT EXTRACT, ANGELICA ACUTILOBA ROOT EXTRACT, SORBITAN ISOSTEARATE, DIMETHICONE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, GLYCERYL CAPRYLATE, CELLULOSE, HYDROXYAPATITE, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, BUTYLENE GLYCOL, WATER, LECITHIN, PHENOXYETHANOL, CAPRYLYL GLYCOL, FRAGRANCE(PARFUM)




Moja opinia

Jest to mój pierwszy puder transparenty i już się w nim zakochałam. Bez wyrzutów sumienia zrezygnowałam z tradycyjnych pudrów, ponieważ to na czym mi zależało uzyskałam dzięki temu cudeńku. Prościej pisząc gdy chcę zrezygnować z blasku kremu BB od razu sięgam po Oli Control Pact, który nie powoduje efektu maski na twarzy! Delikatnie matuje pozostawiając wygląd zdrowej i naturalnej cery. Do tego jest bardzo mały i zmieści się do najmniejszej torebki, więc zawsze można mieć go pod ręką gdy chce się poprawić efekt,
W moim wypadku utrzymuje się bardzo długo i jedynie co parę godzin poprawiam okolice strefy T. Nie zaznacza zmarszczek pod oczami ani nie wysusza cery, więc jest idealnym rozwiązaniem gdy chce się trochę zmatowić cerę.

A wy używacie takich pudrów? Co o nich sądzicie?
Przy okazji w najbliższym czasie będzie trochę więcej o samej marce Etude House jak i o ich kosmetykach. A za niedługo poczytacie o kolejnej grze jak i nowe wyznania kasjerki.
piątek, 10 czerwca 2016

#20 Dalsza walka z oznakami starzenia z Moistfull Collagen od Etude House.

Jak nie od dziś wiadomo jestem fanką wszystkiego co ma zapobiec oznakom starzenia, w końcu lepiej wcześniej nim zapobiegać by na starość nie musieć z nimi walczyć. Dlatego postanowiłam zainwestować w kilka produktów czołowej serii mojej ulubionej firmy Etude House. Linia Moistfull Collagen jest jedną z najbardziej znanych i lubianych w Korei, więc niczym dziwnym nie powinno być, że skusiłam się na dwa cudeńka - Sleeping Pack (maska na noc) oraz emulsję. Skąd to zamiłowanie do Moistfull Collagen? To postaram się wam wytłumaczyć.



Sleeping Pack



Słowo od producenta:

 Małe cząstki super kolagenu i wody z Baobabu uśpione w opakowaniu Moistfull Collagen, nieustannie dostarczają nawilżenie i pozostawiają skórę z uczuciem jędrności. 
 Żel nawilżający jest jak krople wody, orzeźwia i nie zapycha. Sleeping Pack pozostawia skórę bardzo nawilżoną aż do rana. 




Skład

Water, Hydrolyzed Collagen, Butylene Glycol, Adansonia Digitata Fruit Extract, Cyclopentasiloxane, Alcohol, Glycerin, Cyclohexasiloxane, Trehalose, Adansonia Digitata Seed Oil, Dimethicone, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Dimethiconol, Beta-Glucan, Stearyl Behenate, Glyceryl Caprylate, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/Vp Copolymer, Ethylhexylglycerin, Inulin Lauryl Carbamate, Carbomer, Poloxamer 407, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Polysorbate 20, Propanediol, Phytantriol, Hydroxypropyl Bispalmitamide Mea, Tromethamine, Disodium Edta, Phenoxyethanol, Fragrance.


Moja opinia

Stosuje maskę zgodnie z zaleceniami producenta czyli nakładam jako ostatni etap wieczornej pielęgnacji tuż przed spaniem, a rano po przebudzeniu zmywam letnią wodą. Jak na początku uważałam, że podczas snu cała maska wyląduje na poduszce to mile się zaskoczyłam. Już parę minut po nałożeniu większość produktu wchłonęła się w skórę, więc jedynie mogłam zetrzeć niewielką warstwę podczas mojego wiercenia się w łóżku. Gdy rano się obudziłam i przemyłam twarz ciągle wyczuwałam nawilżenie do tego tą wspaniałą gładkość. Po prostu obudziłam się z uczuciem jakbym była młodym bogiem.  Do tego muszę dodać, że widząc w składzie alkohol przez chwilę się obawiałam, że będzie to nieudany zakup (jak wiadomo moja cera nie lubi się z procentami) ale na moje szczęście nie wystąpiło żadne podrażnienie! Jednak niestety nie dostrzegłam tak bardzo obiecanej jędrności, jednak myślę, że do zakończenia opakowania w końcu się pojawi. Kolejnym minusem jest brak szpatułki przez co nakładanie jej staje się niehigieniczne i wszelkie brudy (zwłaszcza sierść mojego psa) lubią do niej wpadać.

Emulsja



Słowo od producenta

 Małe cząstki super kolagenu i wody z Baobabu uśpione w opakowaniu Moistfull Collagen, nieustannie dostarczają nawilżenie i pozostawiają skórę z uczuciem jędrności. 
Moistfull Collagen Emulsja ma lekką konsystencję, ale całe nawilżenie i składniki przylegają do skóry za pomocą flimu, który je utrzymuje. 



Skład

Water, Hydrolyzed Collagen, Butylene Glycol, Adansonia Digitata Fruit Extract, Glycerin, Pentaerythrityl Tetraethylhexanoate, Cyclopentasiloxane, Hydrogenated Poly(C6-14 Olefin), Polysorbate 60, Cyclohexasiloxane, Adansonia Digitata Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Glyceryl Stearate, Dimethiconol, Cetearyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/Vp Copolymer, Ethylhexylglycerin, Alcohol, Carbomer, Tromethamine, Poloxamer 407, Peg-100 Stearate, Phytantriol, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Phenoxyethanol, Disodium Edta, Fragrance



Moja opinia

Według zaleceń producenta emulsję powinno się nakładać odpowiednią ilość produktu od środka na zewnątrz wykonując przy tym masaż a później "obrócić" na lewą stronę by powstał film. Jakkolwiek to komicznie brzmi chodzi po prostu o to by przejechać dłonią od zewnętrznej strony do środka. Przyznam, że jest to treściwy kosmetyk, który chce tak samo wychodzić jak ketchup od Heinz'a. Czyli im bardziej się męczysz by wypłynął to tym bardziej tego nie chce zrobić. Ma on bardzo wodną konsystencję przez co trudno jest nałożyć "odpowiednią ilość". Jednak wracając do samej emulsji jest tak nasycona, że używam jej tylko w wieczornym rytuale, ponieważ po prostu makijaż się na niej nie utrzymywał. Skóra dostaje taką dawkę składników odżywczych i nawilżenia, że jest to kosmetyk tylko na noc. Przed zakupem uważałam, że to będzie strzał w dziesiątkę jednak niestety nie jest to kosmetyk jaki bym chciała. Efekty ma nieziemskie, ponieważ czuć to nawilżenie skóry ale poszukiwałam czegoś na dzień.

Podsumowując

Jestem zadowolona z zakupu tych dwóch produktów od Etude House, ponieważ odczuwam rzeczywistą poprawę nawilżenia mojej cery. Przecież odpowiednie nawilżenie i nawodnienie skóry jest jednym z sposobów walki z oznakami starzenia! Jak jestem w pełni zadowolona z maski (pomijając niehigieniczne nakładanie) to z emulsji tylko w połowie. Jest to wspaniała linia jednak moim zdaniem nastawiona na wieczorny rytuał, gdzie w ciągu dnia także chcę zadbać by poziom nawilżenia i nawodnienia był odpowiedni. Chociaż muszę przyznać, że na pewno Moistfull Collagen się nie zmarnuje ponieważ jest idealny na lato gdy skóra jest narażona na wysuszenie przez ciepłe powietrze i słońce (plus w moim wypadku wiatr halny w górach). Może troszkę jedynie spadło moje zafascynowanie Etude House, ale mimo to dalej jest to moja ulubiona koreańska firma na rynku kosmetycznym.

Pozdrowienia z gór :*

Przy okazji przypominam o rozdaniu bloga KLIK
poniedziałek, 6 czerwca 2016

#19 Pierwsze rozdanie bloga

Po długich namysłach postanowiłam zorganizować rozdanie na moim blogu. A może raczej powinnam napisać, że po długim myśleniu co by tutaj rozdać. Miałam tysiące myśli na minutę, ale przecież nie mogę dać czegoś co nie jest sprawdzone. Więc tym sposobem usiadłam przed moją kosmetyczką i przyglądałam się jej zawartości. Tym sposobem wyłoniłam zwycięzców, którzy mogą zawitać u was w kosmetyczce a są to:



Zestaw trzech kremów BB o pojemności 7 g od Skin79 (pisałam o nich tutaj)
Żel do demakijażu od Purito (*klik*)
Zestaw maseczek w płachcie od Skin79 + Secret Key
Urocza szminka od Tony Moly

Co zrobić by wziąć udział w losowaniu?

Wystarczy, że zobserwujesz mój blog i uzupełnisz poniższy formularz, który wyślesz w komentarzu. Każde dodatkowe spełnienie wymogu dodaje jeden głos do puli. 

Formularz zgłoszeniowy:

1. Obserwuję bloga jako (twój nick)
2. Lubię fanpage na facebooku jako (Imię i pierwsza litera nazwiska) 
3. Obserwuję Instagrama jako (nick)
4. Banner tak/nie (podaj link do twojego bloga)
5. (mój adres e-mail)

Do kiedy trwa rozdanie?

Zgłoszenia będę przyjmować do 30 czerwca, a wyniki powinny pojawić się do tygodnia.


Banner


Instagram

Facebook


poniedziałek, 23 maja 2016

#17 Jak trzy maluszki zmieniły mój pogląd na BB - recenzja Skin79

Nie mam zwyczaju kupować azjatyckich kosmetyków na polskich stronach. Jest to głównie spowodowane zawyżonymi cenami, w końcu trzeba doliczyć koszty sprowadzenia (transportu, spedycji), marża także o sobie przypomina a do tego trzeba na nich zarobić. Więc nagle cena drastycznie rośnie, a my biedne musimy więcej zapłacić za ulubiony kosmetyk. Dlatego posiadam sprawdzonego sprzedawcę gdzie nie muszę przepłacać. Jednak nie o tym chce pisać, ponieważ ostatnio się przełamałam i skusiłam się na zakup ze strony Skin79



Po pierwsze muszę zaznaczyć, że przesyłkę dostałam bardzo szybko. Jeszcze tego samego dnia gdy zamawiałam przyszedł e-mail z informacją, że zamówienie jest już wysłane więc brawa dla sklepu za tak szybką realizację. Ale skupiając się na samych kremach zacznijmy od tego, że zestawik zawiera trzy kremy BB o pojemności 7 gramów: 
❤ Hot Pink Super+ Beblesh Balm Triple Functions
❤ Super+ Triple Functions BB Cream (Orange)
❤ VIP Gold Super Plus BB Cream



Jakie są plusy takich miniaturek?
Po pierwsze dopasowanie kremu BB nigdy nie jest proste i naprawdę nie chce się kupować pełnego produktu (i to nie za małe pieniądze!), który pójdzie w odstawkę, ponieważ odcień jest za ciemny/jasny bądź po prostu nie zadowala. W Skin79 Polska wyszli naprzeciw klientką dając im możliwość przetestowania trzech produktów (w rozsądnej cenie trzeba przyznać), by nie musiały płakać nad straconymi pieniędzmi. Po drugie nie wszystkie kobiety ciągle się malują i inwestowanie w całe opakowanie mija się z celem, kiedy po jakimś czasie produkt traci swoje właściwości (o tym kiedyś bardziej się rozpiszę). No i najważniejszy powód by zainwestować w takie maluszki jest najmniej domyślny. Widzicie przez cały rok nasza cera się zmienia. Zimą jesteśmy bardziej blade, a skóra staje się (o zgrozo!) bardziej wysuszona i wrażliwa od skoków temperatur. Natomiast wiosną ton się zmienia wraz z pierwszym słońcem i trwa to do lata. Więc zdarzają się takie momenty, że ulubiony  krem BB/podkład, który używało się zimą okazuje się nagle za jasny! Przy takich miniaturkach można szybko wyratować się z sytuacji, gdy nie mamy pod ręką ciemniejszego/jaśniejszego podkładu.

No ale teraz czas przejść do indywidualnej oceny każdego z tych maluszków.

SKIN79 Hot Pink Super+ Beblesh Balm Triple Functions




Jest to chyba najbardziej znany i lubiany koreański krem BB na polskim rynku. Zawdzięcza to matowemu wykończeniu, więc my europejki, które kochamy matową skórę nie możemy się mu oprzeć. Do tego Hot Pink oferuje nam SPF 30, więc podstawową ochronę przed szkodliwym promieniowaniem mamy zapewnioną. No i jeszcze opcja "wybielenia", która rozjaśnia nam cerę dając zdrowy wygląd.
Przyznam, że gdy tylko wyczytałam na opakowaniu o poszarzałej skórze od razu pomyślałam, że to musi być BB dla mnie! W końcu przez ciągłe siedzenie w klimatyzowanym pomieszczeniu, bieganie z chłodni do pieca i zima sprawiły, że i tak mój ziemisty odcień skóry odkrył nowy level "ziemistości". Przez to mój ulubiony krem BB był zbyt ciemny i ratowałam się dodatkową warstwą pudru. Więc zadowolona sięgnęłam pierw po tego maluszka mając nadzieję, że poratuję się nim do czasu, aż moja przesyłka z jaśniejszym kremem przybędzie. No oczywiście nie zawsze jest tak kolorowo jak chcemy, więc po nałożeniu skończyło się tym, że koleżanka w pracy spytała czy dobrze się czuję. Okazało się, że wyglądałam na tak bladą jakbym miała zaraz zemdleć, co spowodowało moje rozbawienie. Oświetlenie w pracy jest niezbyt korzystne,a krem ma chłodny ton i zrozumiałam, że wszyscy przywykli do tego, że nie jestem blada jak trup. Więc mimo mojego zadowolenia odnośnie trwałości (osiem godzin ciężkiej pracy i jedynie zszedł z nosa) tego kremu musiałam zrezygnować z jego stosowania.


Plusy
✅ Matowe wykończenie
✅ SPF30
✅ Trwałość


Minusy
➖ Dla niektórych za chłodna tonacja
➖ Zbyt gęsty dla gąbki do makijażu


SKIN79 Super+ Triple Functions BB Cream (Orange)




Ten maluszek coraz bardziej podbija serca fanek kremów BB jak i firmy Skin79. Po pierwsze mamy tutaj do czynienia z witaminowym kremem co oznacza, że dba on o zdrowie naszej skóry jak i zapewnia odpowiednie dostarczenie składników do komórek. No i nie możemy zapomnieć o najważniejszym czyli o bardzo wysokim SPF 50! Najwyższa ochrona, która do tego ma matowe wykończenie.
Ten krem ma trochę cieplejszy ton, więc sięgnęłam po niego gdy Hot Pink okazał się niewypałem. Także mam wrażenie, że jest bardziej płynny więc mogłam go już spokojnie nakładać za pomocą gąbki. Podobnie pięknie wtopił się w odcień mojej cery wydobywając przy tym z niej trochę więcej ciepła, więc nikt już mnie nie pytał o stan zdrowia. Do tego jego trwałość także mnie zadowoliła, ponieważ utrzymał się na twarzy mimo ciągłych i gwałtownych zmian temperatur (kocham jak piec bucha mi gorącem w twarz), a do tego nigdzie się nie zrolował. Testowałam pomarańczowego maluszka podczas niepogody, więc przy zbliżających się upalnych i słonecznych dniach na pewno nie zawaham się go użyć, by odkryć jak w takich warunkach się sprawdzi.


Plusy
✅ Bardzo wysoka ochrona przed promieniowaniem UVA i UVB
✅ Konsystencja pozwalająca użycie gąbeczki do makijażu
✅ Witaminy
✅ Trwałość
✅ Ciepły ton


Minusy
Dla mnie brak

SKIN79 VIP Gold Super Plus BB Cream




I tym sposobem dochodzimy do ostatniego maluszka, którego opis wręcz zachwyca. Otóż te złote cudeńko zawiera koenzym Q10 i adenozynie, który wpływa pozytywnie na elastyczność naszej skóry więc redukuje oznaki starzenia. Do tego także VIP Gold ma nawilżać i dbać o to by nasza cera była ciągle nawilżona, a więc i tym sposobem zabezpiecza naszą twarz przed starzeniem. Więc mamy przed sobą produkt "o gładkiej i przyjemnej strukturze i odżywczej formule", który dodatkowo chroni nas przed oznakami starzenia bądź redukuje je, gdy mamy już z nimi styczność.
Jestem wielką zwolenniczką zapobiegania starzeniu się skóry więc widząc tak obiecane efekty nie mogłam się doczekać, aż sięgnę po to cudeńko. Chociaż zbyt krótko go stosuję by dostrzec to co jest obiecane to jednak jestem bardzo zadowolona. Krem posiada także przyjemną formę jak i ma ciepły ton, więc nie muszę straszyć kierownika, że pójdę na chorobowe. Podobnie jak Hot Pink posiada SPF 30, więc podstawowa ochrona jest. Trzyma się pięknie na twarzy i nie roluje się pod oczami.

Plusy

✅ Wspomaga zapobieganie starzeniu (koenzym Q10 i ATP)
✅ Ciepły ton
✅ Konsystencja pozwalająca użycie gąbeczki do makijażu
✅ SPF 30
✅ Trwałość

Minusy
 
➖ Dla niektórych mniejsze matowe wykończenie

Podsumowując jestem bardzo zadowolona z zakupu tego zestawu pomimo wpadki jaką okazał się dla mnie Hot Pink. Dzięki Skin79 Polska może zacznę kupować w naszym kraju a nie sprowadzać, chociaż nie zaprzeczę, że jestem oddaną fanką Etude House. Jednak Orange jak i VIP Gold podbiły moje serce. Na chwilę obecną będę się cieszyć z tych trzech maluszków. Nie dość, że są podręczne (idealnie nadają się na krótki wyjazd) to jeszcze mogę swobodnie wybierać co chcę nałożyć dzisiaj na twarz. W sumie czy Hot Pink nie nadaje się idealnie do straszenia szefa? :P
A czy wy miałyście styczność z któryś kremów BB od Skin79? Jakie były wasze odczucia i wrażenia? A może planujecie zakup któregoś z nich? Podzielcie się tym ze mną w komentarzach jak i zapraszam na Fanpage na Facebooku (można także kliknąć w gadżet u góry po lewej stronie).
poniedziałek, 9 maja 2016

#15 Jak utonęłam w ślimakach czyli kosmetyki od Secret Key

O właściwościach wyciągu z śluzu ślimaka (mucyna) wiadomo nie od dziś. Pomaga zredukować oznaki starzenia oraz je hamuje jak i poprawia nawilżenie skóry. Czyli jednym słowem samo dobro i to dzięki takiemu małemu stworzeniu jakim jest ślimak. Na europejskim rynku kosmetycznym nie ma tak wielu produktów z mucyną ślimaka jak na koreańskim gdzie co chwilę można natknąć się na produkty z tym cudeńkiem. Ja zachęcona po moim żelu od Purito postanowiłam zainwestować w trochę więcej z tą wspaniałą substancją i tym sposobem posiadam trzy produkty od Secret Key z linii Snail Reapring czyli krem w formie żelu, esencję oraz maskę w płachcie.



Zacznijmy może od kremu w formie żelu, na który się skusiłam przez miłe doświadczenie z żelem od Mizon. Pierwsze co rzuciło się w oczy a raczej w nos po otwarciu pojemnika to zapach, który zawsze mi się kojarzył z starym kremem glicerynowym z cytryną. Co dziwne tylko mi tak pachnie, ponieważ inne moje koleżanki uważają, że jest to zapach kwiatowy (czyżby mój węch postanowił być unikatowy?). Jednak nie na tym chcę się skupić, ponieważ sam krem jest warty uwagi. Otóż jak już pisałam mucyna ślimaka ma wiele wspaniałych właściwości ale większości nam kojarzy się z takim obślizgłym żyjątkiem. Na szczęście żel nic a nic nie przypomina wydzieliny z ślimaka i ma bardzo lekką konsystencję. Po nałożeniu na twarz nie odczuwam lepkości a do tego bardzo szybko się wchłania nie pozostawiając na twarzy fluidu. 



Powiem, że pierwszej aplikacji miałam po chwili wrażenie, że za mało użyłam produktu, jednak nie zależnie ile się go nałoży i tak jest ten sam efekt. Dlatego moim zdaniem idealnie nadaje się jako baza pod cięższy krem (którym też się kiedyś pochwalę), ponieważ mam wrażenie, że gorzej rozprowadza się po nim podkład. Można to uznać za wadę jeśli nie odczuwa się super nawilżenia, jednak zawsze uważałam, że kremy w formie żelu są idealne na bazę pod cięższe kosmetyki nawilżające. Dlatego nie jest to dla mnie zbyt wielkim minusem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nawilżenie może także odbywać się wewnątrz skóry.

Skład


Kolejna na liście jest esencja czyli taki bardzo skoncentrowany krem posiadający bardzo wiele składników odżywczych, którymi "bombardujemy" naszą cerę. Jak w przypadku żelu to tutaj po przyciśnięciu pompki od dozownika od razu pomyślałam o ślimakach. Konsystencja była dość gęsta i lepka, chociaż nie oddaje to w pełni tego co chcę opisać. Po prostu kojarzy się z wydzieliną ślimaka i od razu zaczęłam się obawiać, że tak samo zachowa się na mojej twarzy. Jednak mimo uprzedzeń esencja bez problemu dała się rozprowadzić na twarzy nie pozostawiając żadnego uczucia lepkości czy nawet wrażenia, że coś tak skondensowanego jest na mojej twarzy. Tylko chwilę po nałożeniu widziałam jak twarz mi się błyszczy, ale po minucie pozostałości esencji się wchłonęły pozostawiając skórę gotową do dalszej pielęgnacji. 

 


No i na sam koniec mój faworyt czyli maska w płachcie. Co jak co ale uwielbiam takie maski, więc nie mogłam sobie darować i nie kupić kilku z tej serii. Podobnie jak krem miała dla mnie zapach kremu glicerynowego oraz jak w przypadku esencji dało się wyczuć pod palcami tę "maź". Chociaż to nie przeszkadzało ponieważ nałożenie maski w płachcie to czysty relaks i jest o wiele bardziej czystsze od tradycyjnych maseczek. Po całym dniu pracy przyjemnie było sięgnąć po tę maskę zwłaszcza, że w porównaniu do innych kosmetyków z tej serii zawiera także EGF (aktywator komórkowy), który pobudza naszą skórę do produkcji kolagenu. 


Moje odczucia do kosmetyków z tej serii są mieszane, ponieważ bardzo przyjemnie nakłada się je na twarz (jak nie myśli się o ślimakach) ale jednocześnie efekty są na początku słabo dostrzegalne. Owszem poczułam różnicę po dwóch miesiącach jednak jeśli ktoś oczekuje efektu po tygodniu to może się rozczarować. U siebie dostrzegłam lepsze nawilżenie twarzy zwłaszcza, że dość często przesuszała mi się skóra na czole i co chwilę musiałam z nią walczyć, teraz praktycznie w ogóle nie dostrzegam by coś się tam miało dziać. Do tego poprawiła się elastyczność mojej twarzy jak i zmniejszyły się płytkie zmarszczki (te pod oczami uparcie się trzymają). Na pewno polecę maskę w płachcie z tej serii, ponieważ nakładanie jej to czysta przyjemność. Natomiast pozostałe kosmetyki zaproponowałabym osobom, które po pierwsze chcą stosować mniej inwazyjne kosmetyki redukujące proces starzenia jak i mają cierpliwość jeśli chodzi o czekanie na pierwsze efekty. Z przyjemnością korzystam z kremu i żelu, ale wiem, że na porządne efekty będę musiała jeszcze długo poczekać i zużyć parę opakowań, ale na razie chcę zobaczyć co jeszcze się zmieni do samego końca użytkowania obecnych opakowań. 

Przy okazji przepraszam za dość długą przerwę, ale miałam tyle na głowie w domu jak i w pracy, że nawet na chwilę nie mogłam znaleźć chwili na napisanie recenzji. W ciągu kilku dni nadrobię zaległości i mam nadzieję, że dalej będziecie chcieli zaglądać na mojego bloga.
piątek, 1 kwietnia 2016

#14 Jak cukier potrafi zdziałać cuda czyli recenzja Tony Moly Gold Black Sugar Mask

Jakiś czas temu na moim Instagramie pochwaliłam się nową paczką z Korei pełną mojego zaopatrzenia kosmetycznego. Jednak do kilku stałych produktów postanowiłam dorzucić kilka nowych które mam zamiar wam przedstawić. By nie przedobrzyć będę przedstawiała wam po jednym produkcie dlatego dzisiaj zacznę od niepozornego opakowania z maską i peelingiem od Tony Moly.



Po pierwsze zacznijmy od składu, który powinien zachwycić każdą fankę naturalnych kosmetyków czyli głównie czarny cukier, miód, złoto oraz klika minerałów. Dzięki temu produkt działa nawilżająco oraz oczyszczająco, a efekty na prawdę bardzo szybko można zauważyć.



Moje własne odczucia odnośnie tego kosmetyku na początku były mieszane. Pamiętam jak pierwszy raz go nałożyłam miałam wrażenie, że duże drobinki cukru wręcz zetrą mi twarz. Było to spowodowane wcześniejszym używaniem łagodnego peelingu od Tołpy o którym już wspominałam. Jednak przy drugim zastosowaniu nie czułam już takiego dyskomfortu jednak ciągle brakowało mi tego efektu "wow". Postanowiłam się przeboleć i moim wręcz słabym angielskim wzięłam się za poszukiwania opinii na tema używanego produktu i odkryłam, że robię to źle.
Owszem na początku nakładałam warstwę na twarz i tak jak bywa zazwyczaj w tego typu kosmetykach zaczęłam delikatnie masować twarz by drobinki pozbyły się martwego naskórka. Dopiero po przegrzebaniu sieci odkryłam, że jeśli chcę uzyskać obiecane efekty to powinnam nałożyć kosmetyk na twarz i pozostawić go tak jak robi się z maską. Najlepiej tak zrobić podczas kąpieli gdy para wodna rozpuszcza drobinki cukru. Wydawał mi się to głupi pomysł, ponieważ jak ma to oczyścić twarz jeśli zaraz cały cukier z niej spłynie i nawet nie będzie miał szans by wydobyć zebrane sebum i brud. Ale jestem naturalną blondynką, więc sceptycznie nastawiona tak zrobiłam. Jakim miłym zaskoczeniem było gdy po kąpieli dostrzegłam faktycznie oczyszczone zaskórniki i to bez peelingu mechanicznego! Od tamtej pory stałam się wielką fanką tej maski od Tony Moly a tym bardziej, że jeśli odczuwa się potrzebę starcia martwego naskórka to można ją wykorzystać jako peeling pomijając wszelkie obiecane efekty.



Jednak pragnę zauważyć, że maskę stosuję dwa razy w tygodniu a nałożenie jej poprzedza demakijaż oraz oczyszczenie twarzy dwoma produktami myjącymi. Mój kochany żel od Purito oraz olejek do mycia twarzy, więc produkt jest nałożony na idealnie oczyszczoną twarz.

Komu polecam Gold Black Sugar Mask? Każdemu kto nie może stosować peelingów mechanicznych a chce zadbać o nawilżenie twarzy oraz pozbyć zaskórników. Do tego jest to w pełni naturalny kosmetyk i nie podrażnia cery wrażliwej, więc osoby zmagające się z tym problemem także mogą śmiało sięgnąć po to cudeńko.

Przy okazji spóźnione życzenia po Wielkanocne, ale miałam tak dużo na głowie, że posiadałam odwyk od komputera i telefonu. xD
wtorek, 15 marca 2016

#10 BIG & DARING vs BIG & MULTIPLIED - czyli walka tuszów do rzęs

Dzisiaj chcę wam przedstawić dwa tusze do rzęs od firmy Avon, które znajdują się w moim posiadaniu a pochodzą z tej samej serii "BIG &". Postanowiłam napisać tą pseudo recenzję, ponieważ gdy tylko w katalogu ujrzałam nowy tusz z tej serii pomyślałam, że muszę go mieć i sprawdzić. Na wstępie zaznaczę, że nie posiadam długich i gęstych rzęs więc jeśli mam okazję próbuję wszystkie maskary mając nadzieję, że kiedyś uzyskam wymarzony efekt.



Przez bardzo długi czas korzystałam z pierwszego tuszu DARING i szczerze się przyznam, że w sumie kupiłam go cztery razy. W porównaniu do innych maskar potrafił jakoś ogarnąć moje rzęsy dodając im grubości i długości. Do tego jest wodoodporny co w mojej pracy jest bardzo przydatne. W końcu nie ma to jak siedzenie w mroźni bądź chłodni parę minut by przygotować pieczywo do odpieku a później buchnięcie w twarz gorącym powietrzem z pieca. Niestety niektóre tusze przy paru takich powtórzeniach lubiły się rozpuścić lub skruszyć. Natomiast DARING dalej trzymał się na rzęsach krzycząc "Nic mnie nie pokona!" co za razem było niezłym problemem przy zmywaniu makijażu.


Do tego mimo moich starań zdarzały się chwile kiedy tusz postanowił skleić moje rzęsy a ich wyratowanie czasami graniczyło z cudem. Nie ważne jakich trików się używało i tak rzęsy były sklejone, ale ja uparcie trzymałam się tego tuszu i doskonaliłam swoje metody nakładania. Po roku nauczyłam się jak poprawnie to zrobić by zmniejszyć to ryzyko, ale czasami gdy byłam zbyt zaspana jedno nieuważne pociągnięcie i już miałam jedną wielką rzęsę składającą się z kilku pomniejszych. 

Po prawej DARING a po lewej MULTIPLIED


Zapewne bym tak źle nie pisała o moim dotychczasowym ulubieńcu gdyby nie nowy tusz. Po pierwsze MULTIPLIED ma za zadanie powiększyć ilość rzęs dzięki szczoteczce, która potrafi odkryć te włoski o których istnieniu nawet się nie wiedziało. Gdy pierwszy raz zaaplikowałam tą mascarę byłam w szoku tej ilości rzęs! Nagle uznałam, że wszelkie triki na ich powiększenie są zbędne przy takiej szczoteczce (chociaż dalej je stosuję, ale efekt jest jeszcze bardziej zniewalający). 



Może nie wydłuża rzęsy jak jego poprzednik ale ten efekt większej ilości po prostu chwycił mnie za serce i tym sposobem MULTIPLIED wygrał walkę z DARING.





środa, 9 marca 2016

#9 *PUK PUK* - trochę o moim szukaniu odpowiedzi.

-Kto tam?
- Twoja cera.
- Jaka cera?
-Zgadnij!

Dzisiaj postanowiłam podzielić się z wami jak to było ze mną i odkrywaniem mojej cery. Oczywiście przecież teraz wiadomo, że mam cerę wrażliwą ponieważ wspomniałam o tym w notce o mojej codziennej rutynie. Jednak od razu nie było tak kolorowo i nie szukałam kosmetyków przeznaczonych dla mojego typu cery co w moim przypadku miało bardzo tragiczne skutki. Ale o tym później... Pozwólcie, że zacznę tą historię od początku.



Trzeba zaznaczyć, że byłam, jestem i będę córeczką tatusia. Dlatego zamiast patrzeć jak Mama się maluje i podbierać jej kosmetyki, biegłam na dwór i razem z Tatą grzebałam w pamiętnym Fiacie 125, później w Polonezie, następny był Passat i tak dalej... Generalnie lepiej znałam skrzynkę z narzędziami niż kosmetyczkę mojej Mamy. Jednak w pewnym momencie doszło do mnie, że tak jakby jestem dziewczynką, więc trzeba się tak zachowywać. Miało to miejsce gdy zaatakował mnie trądzik, co niestety było bardzo wcześnie, ponieważ miałam wtedy 12 lat. Wstydziłam się rozmawiać o tym z rodzicami, więc jak to wspaniała młoda pobiegłam do koleżanek. Niestety jak wiadomo w tym wieku niezbyt wiele się wie o urodzie, więc w sumie nic nowego się nie dowiedziałam. Wtedy postanowiłam poprosić Mamę by kupiła mi coś do oczyszczania twarzy (w końcu widziało się reklamy w telewizji) i tym sposobem dostałam dwie buteleczki płynów. Jedna z nich to był tonik antybakteryjny z alkoholem, a druga to mleczko z tej samej serii. Jak łatwo się domyśleć, moja pierwsza aplikacja skończyła się tak samo jak gdy Kevin użył płynu po goleniu (Kevin sam w domu). Wydarłam się ponieważ alkohol wręcz palił podrażnioną cerę przez trądzik a do tego jeszcze nie odkryty jej typ robił swoje. Na usprawiedliwienie mojej Mamy dodam, że sama do tej pory niezbyt wiele wie o kosmetykach i ja sama jej pomagam w ich doborze. Więc i wtedy nie wiedziała co mi kupić.


Jednak mimo koszmarnych przeżyć z tymi produktami dalej ich uważałam. Byłam pewna, że jeśli boli to działa jak należy, w końcu alkohol wypala to całe świństwo. Więc niczym dziwnym nie było, że po dwóch tygodniach stosowania moja twarz wyglądała jeszcze gorzej niż wcześniej. Zrozpaczona wyżaliłam się Mamie, która zabrała mnie do drogerii i postawiła przed ekspedientką z tekstem "Coś dla jej twarzyczki'. Więc Pani na moje szczęście przyjrzała się mojej twarzy i po chwili zaczęła pokazywać masę produktów. Mimo zapewnień, że pracownica w drogerii powinna się znać na kosmetykach i na urodzie, wszystko co przedstawiała miało w sobie alkohol lub kwasy. W końcu wybór padł na żel myjący bodajże z Under 20, który już od kilku lat nie jest na rynku (chyba coś było na rzeczy). Nie było w jego składzie alkoholu, więc podczas użytkowania nie czułam pieczenia jednak tak ściągał i wysuszał moją cerę, że czułam opór podczas uśmiechania. Do tego cały czas odczuwałam swędzenie, no ale może właśnie tak ma być. Więc i tym razem używałam dalej produktu, święcie przekonana, że mi pomoże.



Na moje szczęście trądzik się zakończył, jednak to co po sobie zostawił było koszmarem. Może nie posiadałam wielu blizn, ale stan i kondycja mojej cery mówiły same za siebie. Zamiast wyglądać na 13 dawano mi 16/17 lat. Miałam szarą, zmatowiałą, łuszczącą się skórę. Było to tak widoczne do tego stopnia, że nawet gdy złapałam trochę słońca to opalenizna była ziemista na twarzy a na reszcie ciała piękna brązowa. Aż ciarki mi przechodzą po plecach kiedy to sobie wspominam... W tym czasie także zmieniłam kosmetyk myjący na delikatny, kremowy peeling od Nivea (Nivea Visage, Pure Effect, All - in - 1 żel - peeling - maska) i to był pierwszy produkt, który nie podrażniał aż tak mojej cery. Więc drodzy czytelnicy i czytelniczki, sprawdza się powiedzenie do trzech razy sztuka!
Bardzo długo używałam tego produktu i jak pomyślę to po raz ostatni zakupiłam go 4 lata temu, a dlaczego to dowiecie się za chwilę



Przez całe gimnazjum w ogóle się nie malowałam, a moja pielęgnacja polegała na posmarowaniu się kremem do twarzy który pachniał czekoladą. Nawet wtedy się nie zastanawiałam czemu tak mnie policzki swędzą ale krem tak pięknie pachniał. Był to czas kiedy z koleżankami przeglądałyśmy nasze szafy i przymierzałyśmy wszystko co się dało. Oczywiście zostało to udokumentowane na zdjęciach. Też to był czas kiedy ścięłam włosy, które sięgały mi do pasa na takie do ramion. Cerą w ogóle się nie przejmowałam, w końcu właśnie teraz wszyscy moi znajomi zaczęli dojrzewać i mieć trądzik. A jako, że ja swój już dawno przeszłam czułam się o wiele lepiej, nie mając czerwonej twarzy tak jak inni. Oczywiście zazdrościłam makijażu starszym dziewczyną, ale gdy ja chodziłam do szkoły to makijaż był zabroniony, więc nawet nie próbowałam. Więc kolejne trzy lata nie skupiłam się na mojej cerze i na prawdę tego żałuję. 



Zanudziłam was? Jeśli tak i czytacie ten tekst tylko by dowiedzieć się w jaki epicki sposób odkryłam mój typ cery to właśnie już to tłumaczę! Otóż nie było to może tak epickie jakby moje policzki wysłały mi wiadomość poprzez zaróżowienia w formie liter.... Jednak na szczęście było to pewne i sprawdzone, ponieważ w pierwszej klasie technikum poszłam do kosmetyczki. Nie będę cytować jaki ochrzan dostałam za tak zrujnowaną i zapchaną cerę, ale w końcu się dowiedziałam jaka ona jest. Kosmetyczka powiedziała mi, że mam od dzisiaj dbać o twarz oraz czytać skład każdego kosmetyku jakiego używam, ponieważ mam cerę wrażliwą. Ale to nie koniec ponieważ do tego jeszcze naczynkową. Ja nie obeznana wtedy w świecie urody (etap łażenia w glanach i wygodnych ubraniach) nie wiedziałam co to znaczy. Na moje szczęście Pani wytłumaczyła mi jaki to typ cery, na co jest wrażliwy i nawet wypisała mi na kartce składniki jakich mam się wystrzegać. W sumie mogła mi napisać to co mogę stosować, ponieważ lista byłaby na pewno krótsza... 
Jednak w końcu wiedziałam jaki mam typ cery i teraz mogłam odpowiednio o nią zadbać. Taa... Niezły żart, nie? Mimo tej wiedzy w sumie nie zrobiłam nic nowego. Nie byłam zafascynowana światem makijażu i urody, ponieważ byłam zbyt leniwa a sama myśl, że trzeba wstać o 5 a nie o 5:30 by wykonać makijaż mnie przerażał. 

Nope...


Do zastanowienia się nad kondycją mojej cery zmusiła mnie praca. Dziwiło mnie, że co drugi klient pytał mnie o zdrowie, albo jak widziałam kobiety, które wyglądały promiennie. Ja z swoją szarą i zazwyczaj zaczerwienioną cerą, czułam się jak brzydkie kaczątko w tłumie błyszczących łabędzi. Więc po wypłacie pojechałam do większego miasta gdzie zwiedziłam każdą drogerię. W jednej dłoni trzymałam kartkę od kosmetyczki, której nie wyrzuciłam a w drugiej telefon połączony z internetem, by poczytać opinie o niektórych produktach. Niczym dziwnym nie będzie, że część kosmetyków, które wtedy zakupiłam długo nie postały i wylądowały w koszu. Niestety mimo wiedzy co podrażnia moją skórę nie ma się pewności, że ten produkt na pewno będzie tolerancyjny. Często żałowałam, że nie ma próbek bym mogła sprawdzić czy na pewno ten krem mnie nie podrażni. Do tego gdy zaczynałam przygodę z kosmetykami nie było zbyt wiele firm oferujących produkty dla mojego typu cery. Nie zapominając oczywiście, że musiałam dopasować się do mojej wrażliwości jak i problemu z naczynkami. Teraz gdy minęły 4 lata wiem czego mam szukać, mam sprawdzone kosmetyki i wiem która firma ma bogatszy asortyment dla osób z cerą wrażliwą. Na prawdę żałuję, że typ swojej cery poznałam tak późno, ponieważ przez to widzę oznaki moich złych wyborów. Doprowadzenie mojej twarzy do stanu znośnego zajęło mi dwa lata i od teraz powolnymi krokami staram się chodź trochę naprawić to co zepsułam.



Nie piszę tego by pożalić się jak to miałam trudno i w ogóle cera wrażliwa jest najgorszym typem. Wyznalam to wszystko by uświadomić wam, że jeśli nie zna się swojego typu cery i stosuje się źle kosmetyki to nic nie uzyskamy, a nawet gorzej - pogorszymy sytuację. Sama pielęgnacja na nic się nie zda, kiedy nie wiemy co powinniśmy używać niezależnie od typu swojej cery. Osoby z typem tłustym nie powinny korzystać z kosmetyków dla cery suchej i tak dalej. Dlatego jeśli nie ma się stuprocentowej pewności to radzę udać się do kosmetyczki. Może i wydasz trochę pieniędzy ale zaoszczędzisz na dalszym szukaniu kosmetyków, które będą do Ciebie pasować. Dlatego pamiętajmy o tym by kupować tylko to co będzie dobre dla naszej cery, ponieważ trudniej naprawić wyrządzone szkody niż do nich doprowadzić.


środa, 2 marca 2016

#5 Moje nowości czyli ostatnie przesyłki

Nie będę ukrywać, że większość zakupów robię przez internet. Po pierwsze jestem zbyt zabiegana by jeździć ciągle do większego miasta jak i nawet do centrum mojego. Po drugie kosmetyki, które już zamawiam nie są zazwyczaj dostępne na polskim rynku a tym bardziej w sklepach stacjonarnych. Dlatego gdy ostatnio przyszły dwie paczki mało co nie uściskałam kuriera (który zresztą jest moim dobrym znajomym, więc by to pewnie mu nie przeszkadzało). No ale dość gadania bo trzeba się pochwalić swoim zakupem, który jest dość skromny ale cieszy mnie niezmiernie.

Najbardziej oczekiwałam na paczkę z Korei, w której miały być dwa produkty i tradycyjnie kilka próbek. Właśnie przez takie próbki skusiłam się na zakup od Purito - Snail All In One BB Cleanser. Na temat tego produktu nie mogłam znaleźć jednoznacznej recenzji a w ogóle nie znalazłam jej wśród polskich blogerek. Jednak gdy w końcu postanowiłam sprawdzić co mi tak namiętnie przesyłają co zamówienie i powiem, że jest to genialne!



Po pierwsze mamy do czynienia z żelem do demakijażu! Może jestem zacofana ale nie spotkałam tak obiecującego produktu na naszym rynku. Zwłaszcza, że jak to u mnie bywa musiałam poznać co wchodzi w skład. Oczywiście jak wiadomo w Azji wydzielina ślimaka jest wspaniała, dlatego i w tym produkcie ją znajdziemy. Betaina czyli składnik, który jest odpowiedzialny za nawilżenie czyli za razem poprawia elastyczność skóry, ma zastosowanie przeciwzmarszczkowe, przywraca naturalne pH oraz między innymi jest odpowiedzialna za ułatwienie rozpuszczania się niektórych substancji w wodzie. Na sam koniec ważny jest też ekstrakt z wąkroty azjatyckiej (Centella Asiatica), która ma silne działanie antybakteryjne i stymuluje skórę właściwą do wytwarzania kolagenu. Oraz składnik dzięki któremu zachwycam się zapachem czyli ekstrakt z kwiatu lawendy wąskolistnej.

 

Jak widać powyżej żel delikatnie zmywa nawet wodoodporne produkty jak w tym przypadku mój eyeliner w żelu chociaż nie radzę go stosować do demakijażu okolic oczu i ust. W końcu raczej nie myjemy powiek mydłem a żel się lekko pieni więc szczypiące oczy są efektem gwarantowanym.

Na drugi produkt skusiłam się przez zachwalanie produktów aloesowych. Pomyślałam sobie, że czemu nie? Akurat składam zamówienie więc mogę i popatrzeć za czymś z aloesem. Padło na produkt od firmy Mizon a dokładniej na żel z 90% wyciągiem z aloesa z wyspy Jeju.


Będę szczera, że nastawiłam się dość sceptycznie na jakikolwiek żel do twarzy. Bałam się, że będę mieć uczucie lepkości jak i to, że może zapchać cerę. Jednak mile się zaskoczyłam gdy po raz pierwszy zaaplikowałam produkt. Nie miałam wielkiego uczucia lepkości (lekkie było, ale może to przez to, że stosuję głównie kremy) i szybko się wchłonął. Zastosowałam go samodzielnie chcąc sprawdzić jak moja cera na niego zareaguje. Faktycznie zauważyłam mniejsze zmęczenie na twarzy, biorąc pod uwagę, że do późna w nocy kończyłam dodatek do Dragon Age. Po dwóch dniach stosowania (akurat miałam wolne) postanowiłam zobaczyć jak się zachowa jako baza pod krem. Powiem tylko, że jestem zadowolona i ten produkt zawitał na stałe w mojej kosmetyczce. 

No i na sam koniec trochę mniej o kosmetykach, ponieważ drugą wyczekiwaną paczką były buty! Postanowiłam poszaleć i kupić sobie piękne buciki na wiosnę (bo śnieg znowu sypnął). 
 

Zamówiłam je w sklepie internetowym Bonprix i będę szczera... Są zarąbiście wygodne! Szkoda, że mam tak zasypane chodniki, ponieważ już bym w nich chodziła, pomijając fakt, że wszędzie mam z górki lub pod górkę. 

No i tyle z mojego się chwalenia ostatnim zakupem przez internet. W sumie za dużo o kosmetykach trzeba napisać coś innego następnym razem.